środa, 30 października 2013

Rozdział 1 - Huh?


Czym prędzej porzuciłam bagaże i zbiegłam na sam dół. Wróciłam do gabinetu dyrektorki. Drzwi otworzyły się,a ja wpadłam z impetem do środka.
Miejsca na których siedzieli wcześniej moi rodzice, były puste. 


-Czy coś się stało?-zapytała ruda z udawanym zainteresowaniem.
-Tak! Nie będę mieszkała w jednym pokoju z tym idiotą! Poz tym to jest CHŁOPAK!
-Ah. Mówisz o Carym Taylorze. Nasz drogi Cary...pierwszy raz ma współlokatora. Na pewno się cieszy!
-Ale czy pani nie rozumie?!
-A co mam z tego rozumieć? Ten chłopak nie zrobi ci krzywdy,na pewno.
-Co? A skąd może mieć pani, tą pewność?
-Po prostu wiem. Zaufaj mi Rivian. Zaufaj mi.
Nie wierzyłam jej. Nie ufałam jej. Nie ufałam Caremu ani mu nie wierzyłam. Ta szkoła wydawała się co raz gorszym koszmarem.
-Ah,no tak! Prosze,to twój plan lekcji i rozpiska planu dnia. Powodzenia. 

Po tych słowach wyszłam. Nie miałam zamiaru dłużej słuchać tej kobiety.
Wróciłam na górę,do pokoju. Carego nie było, co mnie usatysfakcjonowało,bo miałam chociaż trochę prywatności dla siebie.
Usiadłam na pojedyńczym łóżku i się rozejrzałam. Białe ściany z dużym oknem balkonowym i jednym mniejszym. Przy wejściu do pokoju znajdowały się kolejne drzwi. Najprawdopodobniej prowadziły do łazienki. Wielka drewniana,szafa,przedzielona na dwie równe części. Kilka mniejszych szuflad i szafeczek. I po jednej szafce nocnej przy każdym łóżku. Co do łóżek,oba były ustawione,przy przeciwległych ścianach pokoju.
Schowałam twarz w ręce.
Co moi rodzice wymyślili? Uznali mnie za..osobę,która nie poradzi sobie z własnym życiem. Uznali, że nie zdam, jeśli zostanę tam.
A teraz jestem tutaj. W szkole. W akademiku. W pokoju, który dziele z chłopakiem o imieniu Cary. Nie znam go. Nie wiem czy jest poczytalny. Czy nie ma zamiaru mnie zgwałcić...
Mam dość mojego życia.

*******


W momencie,gdy Cary wraz z kolegą wszedł do pokoju, byłam rozpakowana i właśnie przeglądałam poniedziałkowy plan lekcji. 

-Rivian. To jest Nathan. Nathan to jest Rivian,moja wspólokatorka.
-Hej. 

Olałam ich obu. Nie chciałam zawierać nowych znajomości. Miałam swoich znajomych, nie potrzebowałam nowych.
No okey. Przyznam się.
Zerkałam na nich zza kartki.
Cary jest wysokim,dobrze zbudowanym chłopcem. Idealne rysy twarzy podkreślają czarne oczy i kasztanowe,lśniące włosy. Zaś Nathan jest średniego wzrostu chłopcem. Widać,że dba o siebie,ale nie w taki sposób,żeby imponować swoimi mięśniami. Jasno niebieskie oczy i blond czupryna połączone z niemalże dziewczęcymi rysami twarzy,sprawiają,że aż chce się nazwać go 'aniołkiem'.
Wyjęłam z kieszeni spodni telefon i sprawdziłam godzinę. 17.30Rzuciłam jeszcze okiem na plan dnia i odczytałam,że o 18.00 mamy kolację. 

-..tak będzie z nami w klasie. 
-O to świetnie. W końcu będziesz miał parę na zajęciach.-powiedział Nathan. Mimo,że rozmawiali szeptem, dało się usłyszeć co było tematem ich rozmowy. A raczej kto.
-Chyba żartujesz stary. Ona jest pokręcona!
-Rozumiem, że wypowiadasz się na swój temat.-wtrąciłam.
Chłód jego ciemnych oczu, nie działał na mnie. Mierzyliśmy się wzrokiem,do momentu,gdy Nathan nie odchrząknął.
-Czy jako współlokatorzy nie moglibyście, zachowywać się przyzwoicie?
-Nie.-powiedziałam. I wróciłam wzrokiem do kartki.
-Chodź,Nathan. Zostawimy panią Urażoną. 

Wyszli i po raz kolejny zostałam w pokoju sama. Zaspokajałam się ciszą,która nastąpiła po wyjściu mojeg wspólokatora i jego kolegi.
*
Zeszłam na sam dół. Pokierowana przez pracownika szkoły doszłam na stołówkę, w której zebrał się tłum uczniów. Niedawiary, że aż tyle dzieciaków jest zostawianych takich miejscach. Wywiezieni z domów. Bez rodziny. Bez miłości.
Odebrałam swoją tacę z posiłkiem przy okienku. Zostało mi jeszcze znalezienie miejsca.
Rozglądałam,się po ogromnej sali, której poustawiano kwadratowe stoliki i ławki. W kącie,znalazłam pusty stolik.
Świetnie miejsce-pomyślałam i skierowałam się w obrany punkt.
Usiadłam i zabrałam się za jedzenie płatków na mleku. 



-Hej. Możemy się dosiąść?- zapytał męski głos,skiwnęłam głową i nie przejęłam się moimi nowymi towarzyszami.
-Jesteś nowa?-drugi głos zapytał i nie wytrzymałam. Posniosłam głowę,a moim oczom ukazali się dwaj chłopacy, wyglądali na starszych. Obaj byli bardzo przystojni. Blondyni jeden o ciemnoniebieskich oczach, drugi o zielonych. Siedzieli. Obok mnie. Dwaj mega przystojni faceci. A ja jak jakaś debilka gapiłam się na nich. Zaraz. Jeden z nich coś pytał...Tak już wiem!
-Tak,to mój pierwszy dzień. Jestem Rivian.
-Ja jestem David, a to Simon. Ale mówimy na niego Sim.
-Hej.-powiedział zielonooki. Pierwszy raz widziałam taką głębie zieleni. Mierzyliśmy się spojrzeniami. 

Dlaczego w tej szkole,wszyscy patrzyli sobie w oczy?
________________________________________________________________________

No i mam 1 rozdział juz napisany dla was + dziekuje za te wszystkie komentarze pod 1 postem czyli  (Prolog) I za 3 Obserwacje :*

sobota, 26 października 2013

Prolog

Witam wszystkich! Na początku chciałabym powiedzieć, że polog nie jest długi. Zawiera tylko przydatne informacje. To  jest mój pierwszy blog z opowiadaniem wiec pszepraszam za wszelkie bledy.

Miłego czytania
******
Ludzie często zmieniają miejsce pobytu. Wyjeżdżają, wyprowadzają się. Zostawiają za sobą znajomych, rodzinę,przeszłość. Często wyjazd okazuje się ucieczką przed bólem,przeszłością.
Widoki za oknem zmieniały się co chwile. Rozmazane drzewa, rozległe pola i domy. Muzyka lecąca ze słuchawek odrywała chociaż w małej części od tego wszystkiego co miało się niedługo wydarzyć.
Zostaje wywieziona do internatu, tylko dlatego,że moi rodzice nie mają dla mnie czasu. Rok temu przestali się mną interesować, postawili sobie za główny cel pracę i pieniądze. Wykluczyli mnie ze swojego życia. Dostawałam kieszonkowe,drogie prezenty ale żadna tych rzeczy nie była w stanie zapełnić pustki w moim sercu. 

I właśnie wtedy się zaczęło.
Imprezy,nowi znajomi,alkohol,narkotyki. Z czasem przestałam chodzić do szoły. Pragnęłam tylko zwrócić na siebie uwagę, a nie wyjeżdżać z domu. Oboje zapewne myślą, że ten wyjazd ukruci smycz i mnie naprawi, ale ja potrzebuję miłości i wsparcia. Nie tego durnego akademiku. Tęsknię za moimi przyjaciółmi-Erickiem i Lisą. Chciałabym mieć ich przy sobie. To wszystko co dzieje się...jest naprawdę okropne. Mam dość ciągłego życia w kłamstwie.
Samochód zatrzymał się. Powoli uchyliłam przymknięte powieki. Przed moimi oczyma ukazał się dwupiętrowy,ceglany budynek. Zajechaliśmy tuż przed wejście tej monstualnej szkoły.
To nie możliwe,żeby aż tyle osób zostało wysłanych tutaj. Przecież to niedorzeczne. Rodzice wysyłają swoje dzieci, aby pozbyć się kłopotu.
Stukot w powierzchnię szyby mnie otrzeźwił. Ojciec stał tuż obok drzwi.
-Skarbie wysiadaj.
Zebrałam z fotela swoją torbę,telefon i wysiadłam.
Chłodny wiosenny wiatr owionął moją twarz. Nadal było zimno i mokro, ale można było zauważyć na drzewach,trawie i krzewach pewną zmianę.
-Chodź córcia.-powiedziała mama tym swoim melodyjnym głosem.
Weszliśmy do budynku przez ogromne, drewniane drzwi. Długi korytarz z czerwonymi ścianami i drewnianą podłogą ciągnął się aż do schodów znajdujących się na końcu. Ściane zostały przyozdobione dyplomami z osiągnięć szkoły, a także reprodukcjami dzieł znanych renesansowych malarzy.
Doszliśmy do pierwszych drzwi po lewej. Ojciec zapukał i po usłyszeniu cichego proszę, weszliśmy do środka. Domyśliłam się,że to gabinet dyrektorki.
Kobieta w rudych włosach zebaranych w eleganckiego koka siedziała przy biurku na którym znajdował się monitor i kilka biurowych dodatków.
-Witam.-kobieta podniosła się z obrotowego fotela i podała rodzicom dłoń. Wyglądała na bliską czterdziestki. Biała koszula włożona w szarą spòdnicę. Była bardzo szczupła i niewysoka.-Nazywam się Debora Tremilghton. Jestem dyrektorką tej szkoły.-przeniosła wzrok na mnie-A to pewnie Rivian,witam.
-Dzień dobry.
-Twoje bagaże zostały wniesione do pokoju, pożegnaj się z rodzicami i zmykaj.To są klucze do pokoju nr. 427. Znajduje się na ostatnim piętrze. Jeszcze dziś poznasz plan lekcji i rozkład klas. Dowidzenia.
-Dowidzenia.-wyszłam. Nie żegnałam się z rodzicami. Zostawiają mnie tu i mam być im wdzięczna? To ja dziękuję za takie to coś!
Cholerne drugie piętro! Kto w ogóle wymyślił taką ilość schodów!
Czarne drzwi z zawieszoną liczbą 427, są otwarte. Wchodze do środka.
Przy moich bagażach siedzi jakiś chłopak i czyta moje dane z legitymacji szkolnej. Jak to w ogóle możliwe?
-Co ty tu robisz?!-pytam ledwo utrzymując nerwy na wodzy.
-Mieszkam?
-Co? Przecież to nie możliwe żeby dziewczyna mieszkała z chłopakiem...nie w szkole. Wyjdź stąd!
-Rivian nie denerwuj się. Czeka nas interesujący rok szkolny. A raczej trzy miesiące.-podszedł do mnie i przytulił do siebie.-Fajnie będzie mieć współlokatora. 

Wiedziałam już jedną rzecz. Nienawidzę tego miejsca!